niedziela, 15 grudnia 2013

zymowe swjata - dzień św. Mikołaja

Znów się okazało, ze jestem dzieckiem kultury zachodnioeuropejskiej. 6 grudnia chciałam zrobić znajomym przyjemność, wręczałam pomarańcze i czekolady, tradycyjnie opowiadając z przekonaniem, że spotkałam Mikołaja, który prosił o przekazanie prezentów grzecznym dzieciom. Dość szybko się okazało, że wyszłam na serdecznego, ale głupka - na Wołyniu św. Mikołaj ma swój dzień dopiero 19 grudnia - kolejny raz zwyciężył kalendarz juliański. Właściwie, to nawet lepiej, zawsze to kolejna okazja, żeby upomnieć się o prezent :)


Na koniec obowiązkowo - piosenka (w konwencji przedszkolnej).

czwartek, 28 listopada 2013

poniedziałek, 18 listopada 2013

senne Beresteczko

Beresteczko przez kilka wiosennych dni  1651 roku było areną dziejowych zdarzeń. W okolicach tej niepozornej miejscowości nad Styrem starły się wówczas wojska Jana Kazimierza z przeważającymi siłami Kozackimi pod dowództwem Bohdana Chmielnickiego. Zwycięstwo pod Beresteczkiem jest jedną z najważniejszych polskich wiktorii XVII wieku. Pył bitewny opadł przed stuleciami, poległych pochowano, wzniesiono pomniki ku czci zwycięzców i zwyciężonych, a miasteczko trwa w prowincjonalnym marazmie.
Beresteczko w listopadowe sobotnie popołudnie stanowi idealną scenerię do horroru, albo lepiej dramatu psychologicznego. Bieda, bezrobocie, alkoholizm, krzywe płoty, błotniste uliczki i snujące się po nich smutne kundle. Na wszystko spoglądają z niedowierzaniem granitowi kozacy.
Beresteczko welcomes you - dworzec
kościół potrynitarski, dziś w ruinie
piramida (sic!) wołyńska - nagrobek ks. Prońskiego, założyciela Berestecza



środa, 23 października 2013

ukraińscy mężczyźni - studium - odc.1

Stereotypowe wyobrażenie Ukraińca wśród dziewcząt, które nigdy nie były nad Dnieprem jest jasne:
Im dłużej mieszkam na Ukrainie, tym boleśniej się przekonuję, jak dalekie jest to wyobrażenie od rzeczywistości ;) Dziś prawdziwych kozaków już nie ma, chciałoby się rzec, a jeśli nawet jakiś się trafi, to bardziej rzypomina tego z radzieckiej kreskówki, niż Saszę Domagarowa :D
Najnieznośniejszy jest styl ubierania się tutejszych facetów - mimo usilnych starań nie umiem przemóc niechęci do błyszczących garniturów i obuwia z czubem. Same oceńcie:

 Męską stylówkę parodiuje zespół Dzidzio -
Na koniec odcinka pierwszego, jeszcze piosenka :)



niedziela, 13 października 2013

niedziela, 29 września 2013

wieszak :)

Kto twierdzi, że Łuck jest nudnym miastem, z kulejącą ofertą kulturalną, w ostatni weekend miał okazję zmienić poglądy.


Przez trzy dni po Łucku spacerował wieszak. Organizatorzy niecodziennego festiwalu teatralnego Мандрівний вішак właśnie wieszak uznali za atrybut teatru stacjonarnego, tradycyjnego. To od szatni i powieszenia płaszcza na haczyku rozpoczyna się typowa wizyta w teatrze. Łuccy miłośnicy teatru eksperymentalnego wyrzucili wieszak na ulicę i wypchnęli teatr poza jego tradycyjne ramy. W ciągu trzech dni odbyło się w przestrzeni miejskiej  Łucka kilkanaście przedstawień teatralnych. Organizatorzy zadbali o to, by każde z miejsc, w których zagościł teatr wędrujący było niebanalne i nawiązywało do fabuły danej sztuki. Antygona  w wykonaniu rewelacyjnego teatru Żuky (Жуки) z Doniecka została wystawiona w podziemiach łuckiego zamku, w ruinach cerkwi św. Jana. Sztukę współczesnego amerykańskiego dramaturga, której akcja dzieje się na nowojorskiej stacji metra odegrano w mrocznej postindustrialnej scenerii  niewykończonego centrum handlowego. W scenę teatralną zamieniły się także wnętrza nocnych klubów, internat szkoły średniej i hala sportowa (nota bene, znajdująca się w dawnym budynku synagogi).  
Festiwal odbył się w związku z dziesięcioleciem działalności łuckiego teatru amatorskiego Harmider (ГаРмИдЕр). Chyba nie można wyobrazić sobie lepszej formuły świętowania urodzin teatru, niż zainfekowanie sztuką teatralną całego miasta. Na zaproszenie Harmideru odpowiedziało osiem zespołów teatralnych z Ukrainy, Rosji, Gruzji, Niemiec i Białorusi. Środowisko Harmideru wykazało się ogromnym samozaparciem, energią i uporem, w realizacji projektu, który zdaniem Rusłany Poryckiej – szefowej teatru, nie ma odpowiednika w skali Ukrainy. Udało im się znaleźć sponsorów, oraz uzyskać wsparcie Łuckiej Rady miejskiej i Stowarzyszenia rozwoju turystyki na Wołyniu. Warto wspomnieć, że wstęp na wszystkie przedstawienia był bezpłatny. Format festiwalu spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem zwłaszcza wśród młodych mieszkańców Łucka, choć w kolejce do kolejnych teatrów-nie-teatrów ustawiały się także rodziny z małymi dziećmi, osoby w średnim  wieku i staruszkowie. Wszyscy oni dali się porwać magii żywego teatru, uwolnionego od schematów i konwencji, a nad Łuckiem unosił się duch staruszka Shakespeara, który już dawno napisał, że cały „Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają”. Dobrze by było, gdyby wędrówka teatralnego wieszaka trwała jak najdłużej, bo Łuck zasługuje na kolejne odsłony tego pomysłowego projektu.

wtorek, 24 września 2013

Muzeum ikony wołyńskiej

Zapraszam na wirtualny spacer po muzeum, które jest, jak na ukraińskie warunki, zaskakująco nowoczesne  i dobrze zarządzane. Znajduje się w dość niepozornym budynku na tyłach uniwersytetu, w środku - skarby: ikony lokalnych twórców z XVI, XVII i XVIII wieku, ciekawie eksponowane, w przestronnych, jasnych wnętrzach (podkreślam, bo tutaj to nie standard). 
Najcenniejszym eksponatem w zbiorach jest ikona Matki Boskiej Chełmskiej. Historia obrazu sięga średniowiecza i postaci żony księcia Włodzimierza - księżniczki konstantynopolitańskiej Anny - za jej sprawą cudowny wizerunek miał trafić na Ruś. Według legendy, od 1001 roku ikona znajdowała się w Chełmie, gdzie otaczana była szczególnym kultem. Wstawiennictwu Matki Boskiej przypisywali mieszkańcy miasta ocalenie Chełma podczas najazdu tatarów w 1240. W późniejszym okresie kult ikony wzrósł jeszcze bardziej za sprawą Jana Kazimierza, który zabierał ze sobą obraz na wyprawy wojenne.
Tutaj dla fanatyków sztuki bizantyjskiej/cerkiewnej szczegółowe dzieje cudownej ikony.

środa, 18 września 2013

czar Polesia

Nie ma to jak znienacka wziąć urlop we wtorek i wyruszyć z miasta na spotkanie z przygodą i przyrodą. Obie najłatwiej znaleźć na Polesiu Wołyńskim, czyli około dwie godziny jazdy na północ od Łucka. Trasa w kierunku Maniewicz i Dolska jest bardzo efektowna jeśli chodzi o widoki, prowadzi przez wioski pełne urokliwych drewnianych chatynek, malownicze pola, lasy i nieużytki. W okolicach Lubieszowa dochodzą do tego sielskiego krajobrazu jeszcze rozlewiska Prypeci. 
O Lubieszowie Słownik geograficzny Królestwa Polskiego wspomina jako o miejscowości położonej nad rzeką Stochód (piękna nazwa oddająca charakter rzeki rozlewającej się na 'sto chodów - odnóg'), przy trakcie prowadzącym z Pińska na Wołyń. Do dziś miasteczko jest kojarzone z postacią Tadeusza Kościuszki, który kształcił się w tutejszym kolegium pijarskim. Niewiele zachowało się z dawnej świetności miasteczka: brama wjazdowa w opłakanym stanie, oraz tablica pamiątkowa na jednym z budynków w centrum (kołyś tut buła szkoła, a teper bar - powiedziała pani sprzedająca czeburieki w gmachu, gdzie kiedyś "kształcił swą wzniosłą duszę i umysł Tadeusz Kościuszko").
brama
tablica
bar
Jezioro Lubiaź, oraz fragment dorzecza Prypeci i Stochodu od pięciu lat objęte są ochroną - został wtedy założony park narodowy, którego chlubą są siedliska czapli białej. Pracownicy parku dorabiają wożąc turystów motorówką po jeziorze i rzece, która meandruje, tworząc zarośnięte szuwarami zakola.
tabletka/buchanka i motoczowno :)
Amazonka
Jożin z bażin

szuwary
szczerzuje

P.S. Dziękuję Annie i Mateuszowi za piękny poleski wiwtorok :)