Najstarsze nagrobki na cmentarzu żydowskim w Ostrogu datowano na 1444 rok. W 1976 został zdewastowany i zamieniony na park miejski. Niedawno nekropolię doprowadzono do względnego porządku. Zniszczone macewy posklejano i ustawiono w rzędy, odbudowano ohel Maharszy - Samuela Edelsa, komentatora talmudu, żyjącego na przełomie szesnastego i siedemnastego wieku.
poniedziałek, 23 marca 2015
niedziela, 22 marca 2015
muzea Ostroga
Ostróg wywołuje natychmiastowe skojarzenia z Akademią, sławnym rodem Ostrogskich, no i z Halszką - gdyby w XVI wieku kręcono telenowele, ta na podstawie jej biografii biłaby rekordy popularności.
| Brama Łucka |
Mój pierwszy raz w Ostrogu przyniósł mnóstwo wrażeń. W muzeum urządzonym wewnątrz dawnej Bramy Łuckiej byliśmy zdaje się tego dnia z Andrzejem i Karolkiem jedynymi gośćmi. Oczywiście, w związku z tym, musieliśmy zobaczyć WSZYSTKIE eksponaty, łącznie z kolekcją dzieł zebranych Lenina w miniaturze... Ponieważ zakupiłam dodatkowo płatny bilet z możliwością fotografowania, pani z muzeum zmusiła mnie też do zrobienia zdjęć haftowanej wersji "Kobzaria" Szewczenki i wielu innych szczególnie według niej cennych przedmiotów...
Zamek w Ostrogu jest ładnie położony, ale zostało z niego niewiele. W jednej z baszt i przyklejonej do niej dobudówce działa muzeum. Ikony, księgi, obrazy, kareta, porcelana z pobliskiego Korca, obrazy upamiętniające 'wyzwolenie miasta przez armię czerwoną'... Słowem - wszystkiego po trochu. Aha, jeszcze neoklasycystyczne rzeźby Tomasza Sosnowskiego, które wciąż jakoś nie mogą wrócić do pobliskiego kościoła Wniebowzięcia NMP, skąd pochodzą.
| uwięzieni w muzeum |
piątek, 20 marca 2015
Przedwiośnie
O tej porze roku niezmiennie chodzi za mną piosenka o wypalaniu traw:
W Liszczach, na podłuckiej wsi trawy na szczęście dziś nikt nie wypalał, za to płonęły zeszłoroczne liście. Wystarczy trochę dymu i pejzaż staje się nieoczywisty ;)
czwartek, 19 marca 2015
Józef Ignacy wspomina
"Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy" wyszły drukiem w Wilnie sto pięćdziesiąt pięć lat temu. Jak wyglądał Wołyń, gdy przemierzał jego bezdroża Kraszewski, można się przekonać tutaj.
Józef Ignacy zwiedzanie Łucka rozpoczął od wizyty na zamku.
Szczęściarz, mógł cieszyć oko "cudnym widokiem". Straszni mieszczanie nie zdążyli jeszcze wybudować stacji transformatorowej tuż pod murami zamku i labiryntu zardzewiałych baraków, zwanego Starym Rynkiem...
środa, 18 marca 2015
poniedziałek, 16 marca 2015
słońce w Zaturcach
Zaturce mijam, podobnie, jak Włodzimierz, za każdym razem, gdy jadę w stronę domu lub wracam w stronę Łucka. Mijam jezioro i kościół świętej Trójcy, który dość długo funkcjonował jako magazyn chemikaliów. Dziś znów jest kościołem.
niedziela, 1 marca 2015
Włodzimierz Wołyński
czwartek, 19 lutego 2015
nuty w lutym
Luty mija nam w tym roku w Łucku pod znakiem dobrych koncertów. Chwała niebiosom, że akurat tak się złożyło, bo muzyka pozwala się na chwilę oderwać od coraz cięższej atmosfery przygnębienia sytuacją na wschodzie.
Kilka dni temu byłam na rewelacyjnym występie kijowskiej grupy Dakh Daughters. Ich koncerty utrzymane są w formie tzw. freack cabaret, czyli serwują publiczności sporą dawkę absurdu i czystego wariactwa. W Łucku pięć psychopatek zawładnęło słuchaczami zgromadzonymi w gmachu Teatru Dramatycznego, gdzie, co tu ukrywać, nie często można doświadczyć tak niekonwencjonalnych i nowatorskich form artystycznego wyrazu. Dziewczyny są multiinstrumentalistkami, mają świetne głosy i doskonale przygotowany program. No i porażają energią kobiecości. A jeszcze sięgają do wielkiej poezji, w tym ukraińskiej klasyki - wierszy Szewczenki i Łesi Ukrainki, futurystów - Semenki i współczesnych autorów - Andruchowycza. Dla mnie bomba.
Dziś po wielorakich kombinacjach udało mi się zdobyć bilet na koncert pani o pretensjonalnym dość pseudonimie Vivienne Mort. Eteryczna blondynka zaśpiewała dużo smutnych piosenek, kilka kołysanek, jedną ładną piosenkę ludową i jedną bardzo ładną o Persefonie.
sobota, 10 stycznia 2015
cichy głos łuckich Karaimów
Jeszcze 80 lat temu Łuck uchodził
za jedno z głównych skupisk Karaimów w Europie. Nad Styrem stała drewniana kienesa,
na ówczesnych obrzeżach miasta znajdował się karaimski cmentarz, w latach
trzydziestych ukazywało się pierwsze w historii narodu czasopismo w języku
karaimskim. Co pozostało po Kraimach we współczesnym Łucku? Pamięć nielicznych?
Nazwa wąskiej uliczki nad Styrem?
Karaimi to jeden najbardziej
zagadkowych narodów, którego niezwykła historia związana jest z dziejami Polski
i Ukrainy. Do dziś na Krymie, na Litwie i na zachodniej Ukrainie zachowały się
architektoniczne pamiątki, świadczące o wielowiekowej obecności Karaimów na
tych terenach.
Kara’im znaczy czytający
Skomplikowana etnogeneza Karaimów
krymsko-polskich wywodzi lud od dawnych Chazarów i Połowców – półkoczowników o
tureckich korzeniach, zamieszkujących stepowe tereny nad Morzem Czarnym i
Kaspijskim. Około VIII-IX w. misjonarzom karaimskim, przybyłym z Palestyny
udało się ich nawrócić na nową doktrynę religijną, wywodzącą się z judaizmu.
W książce Grzegorza Pełczyńskiego
Najmniejsza mniejszość. Rzecz o Karaimach
polskich czytamy, że nazwa „Karaimi” oznacza jednocześnie nurt religijny i
grupę etniczną. Doktryna powstała w VIII wieku, a do jej wyłonienia się z
głównego nurtu judaizmu doprowadził sprzeciwu wobec traktowania przez
faryzeuszy Talmudu jako księgi świętej. Na czele ruchu stanął Anan ben Dawid z
Basry, który nauczał, że nie wolno nic dodawać ani ujmować z tego, co głosi
Biblia. Religia karaimska oparta jest zatem na Starym Testamencie, którego
centrum stanowi Dekalog. Nadrzędną zasadą religijną jest indywidualne,
niezależne od jakichkolwiek autorytetów przyswajanie i interpretowanie tekstów
biblijnych. Nazwa doktryny pochodzi od arabskiego qara'
(czytać, recytować). Obowiązek indywidualnej pracy z Pismem wymuszał na
wyznawcach naukę hebrajskiego, jako języka oryginału (przekład na karaimski
uważano za skażony interpretacją tłumacza).
| herb Karaimów - podwójna pika, tarcza i twierdza |
Gwardia Witolda
Z Krymu na tereny Wielkiego
Księstwa Litewskiego Karaimów sprowadził w latach 1397-98 wielki książę Witold.
Wraz z wracającym z wyprawy wojennej przeciw Złotej Ordzie wojskami litewskimi,
na Litwę przybyło kilkaset rodzin karaimskich. Większość z przybyłych osiadła w
Trokach. Motywy działania księcia Witolda były dwojakie. Po pierwsze Karaimi ze
względu na język bliski do tatarskiego (należy do kipczackiej
podgrupy języków tureckich) byli naturalnym pośrednikiem
w kontaktach z Chanatem Krymskim. Po drugie, uważani byli za lud wyjątkowo
uczciwy i niesprzedajny, dlatego Witold postanowił powierzyć im funkcję swojej gwardii
przybocznej. Oprócz głównej siedziby księcia na zamku w Trokach, oddziałami
karaimskimi obsadzono zamki w ponad trzydziestu miejscowościach położonych na
granicy z ziemiami Zakonu Kawalerów Mieczowych.
Karaimi nad Styrem
Obecność Karaimów w Łucku również
związana jest z osobą wielkiego księcia Witolda. Mordechaj Sułtański (żyjący w
Łucku na przełomie XVIII i XIX w. uczony karaimski) dowodzi, że za zgodą
Witolda sto rodzin karaimskich sprowadzonych z Krymu miało się osiedlić na
prawym brzegu rzeki Styr, naprzeciw twierdzy, w miejscu zwanym Krasna Góra.
Łuccy Karaimi byli handlarzami, rzeźnikami, młynarzami, karczmarzami. W XIX i
XX niektórzy pracowali jako urzędnicy. Źródła historyczne dowodzą, że stanowili
dość ścisłe skupisko w obrębie miasta – większość rodzin mieszkała w okolicach
biegnącej wzdłuż Styru ulicy Karaimskiej, której nazwa pozostała niezmieniona
do dziś (jeśli zignorować okres między 1944 a 1991, gdy nosiła imię Kalinina). Anna
Sulimowicz i Mariola Abkowicz – badaczki dziejów narodu karaimskiego ustaliły,
że pierwsza wzmianka o ulicy Karaimskiej w Łucku pojawiła się już w 1561 roku.
Odezwa do Deputacji
O niebagatelnym znaczeniu łuckiej
gminy karaimskiej w XVIII wieku świadczy fakt, iż to właśnie jej
przedstawiciele zwrócili się w imieniu całego narodu do obradującego Sejmu
Wielkiego w obronie własnych interesów. Chodziło o planowane przez Sejm reformy
dotyczące gmin żydowskich, z którymi Karaimi często bywali myleni. Oto fragment
osiemnastowiecznej Prośby Synagogi
Karaimów łuckich do Deputacji, w którym dokonują ciekawej
autocharakterystyki: My, Żydzi karaimy,
co po polsku znaczy bibliarze, różniący się od zburzenia Jerozolimy obrządkiem
od Żydów rabanitów we wszystkiem, albowiem do ich szkoły nie chodzimy, lecz
własne mamy osobne swoje bożnice, osobnych swego własnego obrządku duchownych,
to jest jednego tylko kantora, który oraz jest duchownym i rzeźnikiem do
rznięcia mięsa na pokarm. Ten przez nas samych obierany bywa. Trefu żadnego nie
znamy prócz krowy cielnej, tej nam bić i z takowej zarżniętej mięsa jeść nie
godzi się. Po polsku chodzimy, trunków tych wszystkich co i chrześcijanie i
naczyń używamy, na fabrykach robimy, w zakordonowych miastach Haliczu i
Kukizowie grunta siejemy i obrabiamy, u chrześcijan służymy, pisma hebrajskiego
tylko do religii używamy, a między nami tureckiego języka; okopiska osobne
zakładamy, w trumnach się grzebiemy; słowem, we wszystkim od Żydów się różnimy.
| Przedwojenny plan Łucka z zaznaczonym cmentarzem karaimskim |
Wspomniane okopiska, to nic
innego, jak cmentarze. Karaimska nekropolia istniała w Łucku do drugiej wojny
światowej. Cmentarz położony był na łagodnym zboczu schodzącym ku zakolu Styru.
W latach trzydziestych miejsce to znajdowało się na obrzeżach miasta, dziś to
gęsto zabudowane, ścisłe centrum Łucka. Po dawnym cmentarzu nie został ślad.
Wyobrażenie o tym, jak wyglądało okopisko dają zdjęcia udostępnione na stronie
internetowej Związku Karaimów Polskich (www.karaimi.org).
Przedstawiają one wiernych modlących się na cmentarzu w lipcu – w okresie
tradycyjnego postu upamiętniającego epidemię dżumy, która w 1710
zdziesiątkowała ludność karaimską.
Trudny wiek dwudziesty
Początek dwudziestego wieku to w
dziejach łuckich Karaimów okres samoidentyfikacji i tworzenia się elity
intelektualnej. W 1913 działacz społeczny i czynny uczestnik ruchu odnowy
języka karaimskiego Sergiusz Rudkowski założył i redagował rosyjskojęzyczne czasopismo
„Sabach” (z karaimskiego
Poranek). Wybuch pierwszej wojny światowej spowodował, że ukazał się tylko
jeden tom tego czasopisma.
W związku z przymusową ewakuacją
przed wojskami niemieckimi wgłąb imperium, zarządzonymi przez władze carskie, liczba
Karaimów w Łucku gwałtownie spadła po pierwszej wojnie światowej. Mieczysław
Orłowicz w wydanym w roku 1929 Ilustrowanym przewodniku po Wołyniu tak
charakteryzuje tutejszą dzielnicę karaimską: Obecnie mieszka w Łucku około 70 Karaiców, którzy trudnią się rzemiosłem,
względnie pracą biurową, a mieszkają w dworkach przy ulicy Karaimskiej. Stoi tu
też drewniana karaicka kenesa, (bóżnica), ciekawy okaz polskiej architektury.
Drewniana Kienesa
Wspomniana świątynia przetrwała
aż do roku 1972, gdy została strawiona przez pożar. Na szczęście zachował się
dokładny opis świątyni i wyposażenia, sporządzony przez Adama Wojnicza (A.
Wojnicz, Łuck na Wołyniu, 1922): Karaimi mają małą skromną kenesę z drzewa
zbudowaną, przy ulicy Karaimskiej nad Styrem. Budynek jakoby z XVIII wieku,
czworoboczny z dwuspadowym dachem (mansard) pokrytym gontami. Wewnętrzne
urządzenie świątyni o charakterze wschodnim trochę przeładowane ozdobami – są
to różne stylizowane motywy roślinne, egzotyczne. Pułap wgięty w górę, z
kasetonem pośrodku, cały klejowo wymalowany. Naprzeciwko drzwi wchodowych na
podniesieniu umieszczony jest ołtarz (pechał) w stylu odrodzenia (uszkodzony
podczas wojny); składa się z trzech kondygnacji z kolumnami korynckiemi. W
kondygnacjach ołtarza mieszczą się zwoje Pisma Świętego. W środkowej wnęce
znajduje się szafka z bogato rzeźbionemi drzwiczkami, zakrywanemi firanką
(travella). Wewnątrz przechowują się rodały, w aksamitnych futerałach,
przyozdobione tablicami wotywnemi, srebrnemi z XV, XVI, XVII i XVIII wieków.
Rodały są to pergaminowe zwoje z przykazaniami Boskiemi, które przy wystawianiu
przykrywają się srebrnemi koronami. Bliżej ku środkowi nawy głównej stoi stół
bim (nazwa tatarska), służy do odczytywania modlitw w czasie nabożeństwa.
Kobiety znajdują się w babińcu, na górze, dokąd mają wejście z przedsionka.
Głos, który ucichł
Mimo, iż w okresie międzywojennym
liczba łuckich Karaimów nie przekraczała stu osób, nadal stanowili ważny
element wielokulturowej mozaiki stanowiącej populację miasta. Świadczyć mogą o
tym choćby zdjęcia dokumentujące wizytę prezydenta Mościckiego w Łucku wiosną
1929 roku. Jedno z nich przedstawia spotkanie prezydenta z delegacją Karaimów.
W latach trzydziestych w Łucku wychodziło pierwsze w dziejach czasopismo w
języku karaimskim. W latach 1931-39 dzięki inicjatywie publicysty i
pisarza Aleksandra Mardkowicza wydanych
zostało dwanaście numerów czasopisma „Karaj Awazy”, którego nazwę można
przetłumaczyć jako „głos Karaima”.
![]() |
| spotkanie prezydenta Mościckiego z Karaimami |
Ostateczny kres obecności pierwiastka
karaimskiego w pejzażu narodowościowym stolicy Wołynia przyniosła druga wojna
światowa. Dziś spacerując ulicą Karaimską mogę tylko wyobrażać sobie wiernych
zmierzających do kienesy, a jeśli dobrze się postaram, mogę nawet poczuć
smakowity zapach kybynów, świątecznych pierogów wypiekanych przez karaimskie
gospodynie w piątkowe popołudnia. Dochodzę do Styru i przypomina mi się wiersz
Sergiusza Rudkowskiego, który pewnie pisał go patrząc na ten sam nurt:
Hej, hej
rzeko,
Pełna wody,
wesoła i szeroka,
Na brzegu
twoim tak mi znanym
Stoję,
oddychając spokojnie…
(…)
Teraz
przyszedłem ja do ciebie… dociekam…
Od ciebie
rzeko usłyszeć chcę
Prawdziwe
wieści o latach minionych,
Kiedy byłem
czujnym chłopcem,
Szczęśliwy jak
ty, wesoły jak ty…!
Powiedz rzeko,
czy wrócą te czasy…?
czwartek, 8 stycznia 2015
Dawnych karnawałów czar
Po okresie świątecznym, gdy już każdy wypisał na drzwiach
wejściowych święconą kredą litery: K + M + B i pokropił święconą wodą wszystko,
co było do pokropienia (nie wiadomo, czy ksiądz przyjedzie po kolędzie) -
rozpoczynały się zapusty,
obecnie zwane z cudzoziemska karnawałem.
To czas zabaw tanecznych, kuligów i wesel, a także objadania się trochę na
zapas tak, aby można było łatwiej znieść okres Wielkiego Postu. - tak fenomen karnawału
opisuje Bolesław Szpryngiel w swoim
artykule poświęconym wołyńskim obyczajom i tradycjom.
Właśnie
wkroczyliśmy w ten wyjątkowy czas zabaw i radosnego świętowania. Cofnijmy się w
czasie, aby zobaczyć, jak wyglądało celebrowanie karnawału w przedwojennym
Łucku.
Karnawał lekarstwem na nudę.
W
obszernej analizie życia inteligencji polskiej na Wołyniu, Włodzimierz
Mędrzecki zauważa, że bale i przyjęcia karnawałowe były w okresie
dwudziestolecia międzywojennego najbardziej popularną formą rozrywki. Ich
wyjątkowe znaczenie w kalendarzu kulturalnym można zrozumieć, dopiero, gdy
zdamy sobie sprawę z kiepskiego poziomu rozrywek intelektualnych, jakie mieli
do dyspozycji mieszkańcy stolicy województwa wołyńskiego w okresie międzywojennym:
Do kina można było pójść od czasu do
czasu, do teatru, czy na koncert jeszcze rzadziej. Ciekawych odczytów było jak
na lekarstwo. Na co dzień pozostawały spacery w parku miejskim, odwiedziny
nielicznych eleganckich sklepów, wizyty w jednej z kilku cukierni lub
odwiedziny kawiarni. Nuda i marazm dokuczające na co dzień mieszkańcom dużego,
ale w wielu aspektach prowincjonalnego miasta, kończyła się wraz z nastaniem
karnawału. Karnawałowy „świat na opak” zakładający totalne przewartościowanie, zmianę hierarchii
społecznej oraz wszelkich panujących zasad, zmieszanie sfery sacrum i profanum, stawał się ratunkiem dla znudzonych szarą codziennością
mieszkańców Łucka.
Przedwojenne
bale karnawałowe miały swoją określoną formułę. Przebiegiem uroczystości
kierował wodzirej, który wyznaczał kolejność tańców i odpowiednie momenty na
przerwę. Wodzirej odpowiedzialny był również za organizację konkursów i zabaw
tanecznych, z których najbardziej popularną był tzw. kotylion. Na początku balu
tancerzom w drodze losowania rozdawane były kolorowe oznaki – kokardy, mini
ordery, itp., które należało przypiąć do piersi, a w trakcie trwania zabawy
bacznie poszukiwać osoby z identycznym kotylionem. Losowanie było oczywiście
często "ustawiane", aby połączyć określone pary.
Dokąd na bal?
Małgorzata
Ziemska w tekście poświęconym prezydentowi Łucka, Bolesławowi Zielińskiemu
pisze o balach odbywających się w powstałym za prezydentury Zielińskiego Domu
Stowarzyszeń Polskich: Po okresie zaborów
Polacy nie mieli żadnego domu, mieszkania czy lokalu, w którym mogłoby
ogniskować się życie organizacyjne. W listopadzie 1924 roku magistrat oddał do
użytku Dom Stowarzyszeń Polskich. Grupował on 27 Towarzystw Polskich. W budynku
znajdowała się wielka sala balowa, czytelnia, biblioteka, restauracja, a nawet
wystawa obrazów. Członkowie różnych Towarzystw i Związków znakomicie bawili się
w Domu Stowarzyszeń Polskich w czasie karnawału, a wszelki dochód z tych imprez
przeznaczano na cele dobroczynne.
Włodzimierz
Mędrzecki podkreśla, że za najlepsze uznawano bale organizowane przez jednostki
i garnizony wojskowe. Zapewniały one
obfitą kuchnię i wyszynk, dużą orkiestrę i towarzystwo. Wojskowi zapraszali na
swoje bale przedstawicieli władz i wybitne osobistości „z miasta”. Nie
mniej popularne były bale ziemiańskie.
„Targi matrymonialne”.
Karnawał
dawał zatem okazję do „pokazania się” na salonach i błyśnięcia w towarzystwie.
Panie inwestowały sporo w szyte na tę specjalną okazję suknie i odpowiednio
przygotowywane fryzury. Łuccy krawcy i fryzjerzy mieli pełne ręce roboty. Inwestycje
te wydają się zresztą całkiem racjonalnym wydatkiem, zwłaszcza w przypadku
niezamężnych kobiet, gdyż podczas przyjęć często zawiązywały się nowe
damsko-męskie znajomości. Jak czytamy u Kazimierza Schleyena, (który co prawda
charakteryzuje bale lwowskie, ale wydaje się, że w przypadku wołyńskich
działały podobne mechanizmy) Karnawał był
głównym okresem, a bale i zabawy głównym miejscem jarmarku małżeńskiego w
czasach, gdy zawarcie znajomości i wzajemne poznanie się było tak trudne. Czy
dobry tancerz był równie dobrym materiałem na męża oceniali rodzice i ciotki.
Fenomen owych „jarmarków małżeńskich” dawał z kolei pożywkę dla plotek,
pomówień i obyczajowych skandali, którymi miasto żyło przez kolejne tygodnie,
długo po zakończeniu karnawałowych hulanek.
Zabawy dla najmłodszych.
We
wspomnieniach Zbigniewa Komorskiego „Moje Wołyńskie dzieciństwo” czytamy, że karnawałowe
maskarady organizowano często w klubie rezerwistów: Na kolonii (chodzi o kolonię
urzędniczą-dzielnicę miasta) urządzano nam zabawy i
przedstawienia, natomiast rodzice mieli swoje zabawy i bale maskowe w klubie
rezerwistów. Na drugi dzień
ja z siostrą ubieraliśmy się w kostiumy; siostra w
kostium mamy - diabła, a ja w kostium taty – żyda.
Babcia uciekała z domu, widząc takie stwory.
Karnawał był również okresem wyczekiwanym przez dzieci. Bale
dla najmłodszych rozpoczynały tradycyjne zabawy choinkowe, organizowane przez
Polską Macierz Szkolną, Narodową Organizację Kobiet, itp. Często były to
imprezy o charakterze charytatywnym, na które zapraszano dzieci z sierocińców,
a także organizowano rozmaite kwesty na rzecz najbiedniejszych.
Nie
tylko maskarady.
Bale i maskarady to oczywiste formy świętowania karnawału. W
zapusty organizowano jednak na całym Wołyniu także inne rozrywki – kuligi,
wycieczki piesze i na nartach biegówkach, polowania. Często brały w nich udział
wołyńskie elity, o czym świadczą między innymi zachowane zdjęcia wojewody i
wojewodziny Józewskich korzystających z uroków wołyńskiej zimy, oraz
wspomnienia Józewskiego – zapalonego myśliwego o polowaniach w tamtejszych
lasach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






